• Olga Maria Szelc

Las, pole, dwa sobole – debiut literacki Joanny Stogi

Aktualizacja: maj 16

Las, pole, dwa sobole” to teksty dojrzałe, uważne i głębokie. Taki debiut nie zdarza się często. Tę książkę warto mieć na półce, żeby wielokrotnie po nią sięgać. Joanna Stoga to wrocławska fotografka, wielokrotnie nagradzana na krajowych i międzynarodowych konkursach. Teraz możemy poznać ją jako autorkę wyjątkowej prozy. Wydawnictwo Seqoja przygotowało tom opowiadań wrocławianki.


Przyznam, że bardzo lubię opowiadania i wiem, jak jest trudno jest je pisać. Zawrzeć w niewielkiej liczbie znaków tyle emocji, mnogość obrazów i przeżyć to spora sztuka. Joanna świetnie sobie z tym zadaniem poradziła. Każdy z tekstów to dopracowana literacka perełka. Dlatego też warto je smakować, czytać powoli i zatrzymywać się nad każdym z tych światów, który widzimy jakby pod lupą. Autorka potrafi pisać o emocjach, w tym wypadku związanych z chorobą, zniedołężnieniem, śmiercią, ale także skomplikowanymi relacjami matki i córki. Czy może: matki i dorosłego dziecka. Myślę, że wielu z nas odnajdzie w tych miniaturach coś z własnych przeżyć, bo prędzej czy później, choćbyśmy to odsuwali od siebie, staniemy wobec śmierci bliskich nam osób. A ona zwykle przychodzi z zaskoczenia. „Po południu wybrały się nad staw. Był tam rząd starych, chylących się topoli o balsamicznym zapachu, niewielka łąka z jaskrami i plaża, na której rozłożyły koce. Siedziały z nogami zanurzonymi w piasku, woda srebrzyła się jak rtęć. Czasem przesuwały się po niej nartniki albo tuż nad nią zawisała błękitna ważka. Wróble kłóciły się w gałęziach, pies szczekał w oddali. Kot gospodarzy przyszedł i kręcił się obok nich. Trącał ją głową, by nie przestawała go głaskać. Drapała go więc za uchem i wpatrywała się w swoje zapiaszczone nogi. Miała wrażenie, że czas zatrzymał się w tym miejscu. Zastygł, jakby nie miało być już żadnego potem. Chwila przeciągała się w nieskończoność, a ona czuła, że coś jest poza tym, coś ważnego, tylko jeszcze tego nie rozumie.

I wtedy zadzwonił telefon. Wyciągnęła go z torby, zobaczyła „mama” na wyświetlaczu i zaklęła. Przypomniała sobie, że obiecała do niej zadzwonić, gdy tylko dojedzie. Nie zadzwoniła.

Zapomniała albo chciała zapomnieć. Nie przepadała za tym zwyczajem, była już dorosła.

Halo? – Odebrała i czas ruszył z miejsca”. Joanna Stoga opowiada w skondensowanej, gęstej formie o skomplikowanych relacjach, niemożliwości porozumienia się i nieustannych próbach, aby jednak to zrobić. Ponieważ między matką i córką, między dwoma kobietami wciąż jest miłość. Gdyby jej nie było, to może tak by nie bolało. Matkę i córkę coś dzieli, jakby między nimi wyrosła pancerna, szklana szyba. Czasem przypadają do niej obie, wołając się i nie słysząc. Potem patrzą na siebie z gniewem, zapominając, że ta szyba wciąż jest między nimi. Że żadnej z nich to wina. Ale każdej z nich odpowiedzialność. Matka odchodzi, czas na żałobę, ale nie ma na to przestrzeni. Pozostaje po niej ciało, którym trzeba się zająć, mieszkanie, które trzeba posprzątać i wspomnienia, z którymi trzeba sobie poradzić. „Po kilku tygodniach mieszkanie robi się jeszcze bardziej obce, jakby wraz z porządkami wyczyściła też kawałek siebie – tę z dzieciństwa. Dziewczynka z kucykiem i cienką blizną nad prawym łukiem brwi uśmiecha się jeszcze z kilku fotografii, ale ona już jej sobie nie przypomina.

Wspólnych zdjęć nie mają, przynajmniej nie wśród tych w ramkach na półkach i ścianach. Może są gdzieś w starych albumach, ale te zamknęła już w kartonach. Zresztą czy one w ogóle miały jakieś „razem”? Z początku szukała listu do siebie, choćby paru zdań napisanych wyłącznie do niej, ale znalazła jedynie nic nieznaczące zapiski, jakby ona nie miała jej już nic do powiedzenia”.

Teksty Joanny Stogi to także opowieść o tym, jak daleko odepchnęliśmy od siebie to, co związane na każdym poziomie z życiem i śmiercią. Jak bardzo zamknęliśmy je w szpitalnych i religijnych rytuałach, a tymczasem przez to stajemy się odcięci od własnych uczuć. To nam nie pomaga, jedynie wzmaga cierpienie., spychane wciąż jak najdalej. Nie potrafimy przeżyć żałoby tak, aby uwolnić zmarłych, a sobie podarować ulgę. A gdy chcemy o tym mówić, natrafiamy na obojętność, zwłaszcza tych, którzy przecież zobowiązani są nieść nam duchową pociechę. Nie dziwi, że dla przedsiębiorcy pogrzebowego ciało to biznes, ale gdy ksiądz okazuje się być jedynie zapominalskim urzędnikiem, budzi to bunt w osobistej rozpaczy. „Pani czeka, jeszcze pogodę sprawdzę. Niektórym pasuje deszcz przy ostatnim pożegnaniu, ale mnie ani trochę. Już nie te lata. – Kiwa głową i sięga po komórkę. – Tak, ma być ładnie. Słońce i lekkie zachmurzenie. To co, zapisać? Może jedenasta trzydzieści? Wyrobimy się w sam raz przed obiadem.

Ksiądz powie coś o niej podczas mszy? Ona tak księdza lubiła.

Tak, tak, zawsze mówię. A teraz niech pani usiądzie w kancelarii obok i poczeka na panią Zosię. Ona jest od pieniędzy. Ja się ich nie tykam.

Ksiądz ją znał – powtarzam, wychodząc. – Przychodziła tu od ponad pięćdziesięciu lat.

Wszyscy przychodzimy i odchodzimy. Ledwie się człowiek obejrzy”.

Nie jest jednak tak, że nie ma w tych opowiadaniach nadziei. Nie bez znaczenia jest to, że napisała je fotografka, miłośniczka przyrody. Jak pod lupą, tu i tam pokazuje nam piękno świata, który trwa pomimo śmierci. Bo taki jest porządek rzeczy. Natura to wieczny taniec przychodzenia i odchodzenia, umierania i rodzenia się na nowo. Nawet w największym smutku możemy nadal czymś się zachwycić. Musimy tylko otworzyć się na uważne oglądanie świata. Narratorka znajduje także pocieszenie we wspomnieniach. W pamięci o drobnych gestach. W uzmysłowieniu sobie, że matka kiedyś była młodą, twórczą kobietą (scena u notariusza). W nadziei, że skoro matka żyła tak gorzko, to ona może przecież inaczej, pełniej, bardziej, chociaż niełatwo. Autorka pisze też o samotności, która przytłacza (opowiadanie o kobiecie, która żyje z mężem, a jednak całkiem osobno, tęskniąc za córką; opowiadanie o lockdownie i o pustym mieście, braku wokół ludzi), ale także o tej, która daje siłę. Od nas często (chociaż nie zawsze) zależy, jaką wybierzemy. Ważne, żeby znaleźć własną samotność i jej nie odepchnąć. Zatrzymać się w niej, zastanowić. Zrozumieć i poczuć. “Ławka tonie w różach, aż trudno się pomiędzy nimi zmieścić. Kwiaty jednej z nich są pudrowo różowe, zupełnie jak u tej Jubilee Celebration. Dotyka płatków jednego z nich, wącha i zamyka oczy. A jednak miały jakieś „razem”. Zapach jej przypomniał. Młoda kobieta z włosami spiętymi w koński ogon siedzi wśród tych róż i uśmiecha się z nad książki. Ona woła do niej spod płotu i na wyciągniętej rączce pokazuje, jak wielkie znalazła porzeczki”.

W świecie, który tak bardzo pędzi, w świecie, w którym w mediach społecznościowych roztkliwiamy się nad odejściem sławnego, ale całkiem nam prywatnie nieznanego człowieka, warto zamknąć laptop, odłożyć telefon i sięgnąć po opowiadania Joanny Stogi, skonfrontować się z tymi historiami i poczuć to, co czujemy naprawdę. Choćby to było niełatwe. Po lekturze zaś idźmy do parku, nad rzekę, do lasu. Najlepiej samotnie (niech to będzie samotność odkrywcy). Posłuchajmy jak szumi rzeka, jak śpiewa wiatr, wsłuchajmy się we własny oddech. Znajdźmy siebie i to, co dla nas ważne. Olga Szelc / Książki pod ręką

26 wyświetlenia0 komentarz